CukrzycoweLove, czyli „najnowsze technologie w służbie cukrzycy” na przykładzie Mai!

Dobrze jest tam, gdzie nas nie ma. Bardzo często usprawiedliwieniem kiepskiej samokontroli jest brak możliwości skorzystania z najnowszych wynalazków. W przypadku Mai nie sprawdziła się ani pompa insulinowa, ani analogi insuliny jako baza. Czy można uprawiać sport i mieć wyrównaną cukrzycę zachowując koszty leczenia na poziomie 50 złotych miesięcznie i stosując insuliny, które były uważane za nowoczesne niemal ćwierć wieku temu? Odpowiedz zawiera się w tych kilkuset słowach poniżej. Maja, Go-Go-Go!!

Początki cukrzycy średnio pamiętam. Jako ośmioletnie dziecko byłam, w odróżnieniu od moich rodziców, bardziej zaciekawiona niż zmartwiona. Zastrzyk dałam sobie zrobić tylko jeden jedyny raz - pielęgniarce, później nie dałam się nikomu ukłuć, bo wolałam dziabać się sama. Przez pierwsze kilka lat mama głównie sprawowała nad wszystkim kontrole. Przez około 10 lat całą rodziną byliśmy na żywieniu wysokotłuszczowym z małą ilością węglowodanów, co pozwoliło mi przyjmować mniejsze dawki insuliny, niż przy standardowej piramidzie wysokowęglowodanowej.

Pompa zamiast motorynki.

W tym czasie moja mama zadbała o to bym miała pompę insulinową. Pierwsza za odłożone pesos, druga z refundacji. Oczywiście na początku byłam ciekawa jak działa takie urządzenie, ale kasa która miała pójść na mój motor (a raczej motorynkę, bo gówniarą byłam 🙂 ) poszła, niestety, na pompę. Na początku zbuntowałam się przeciwko całego światu – jakim prawem dostałam pompę zamiast motoru?! Nie mierzyłam cukru, nie podawałam insuliny – ambicja ucierpiała. Na szczęście autodestrukcja szybko ustąpiła, zaczęłam poznawać pompę i robić z niej użytek. Kombinowałam gdzie i jak ją schować, testowałam wszystkie kieszenie, lądowała w staniku, na balach na podwiązkach i różnych innych szelkach. Wkłucia robiły za plastry antykoncepcyjne albo antynikotynowe, wzbudzały również zainteresowanie na imprezach, bo świeciły w ultrafiolecie 🙂

Początki samodzielności

Wyprowadzka na studia była czasem zmian. Niekoniecznie na dobre. Zaczęły się imprezy, alkohol, podjadanie (przy wysokotłuszczowej diecie). Moja waga w najgorszym momencie wynosiła 85 kg przy wzroście 171 cm. Córeczka wyrwała się spod opieki rodziców… Pogorszyły się wyniki, lekarka zaczęła „gorąco zachęcać” do zrzucenia wagi. Od samego początku nie znosiłam wizyt u diabetologa, zawsze była jakaś kosa, trauma z dzieciństwa. No i w 2012 r. coś mi się w głowie poprzestawiało i postanowiłam wziąć się za siebie. Zaczęłam biegać, co zaczęło psuć moje „relacje” z pompą insulinową. Zaczęła mi przeszkadzać. Dodatkowo posiadanie pompy wiązało się z większą swobodą, a ja nie należałam do osób, które lubiły sobie odmawiać czegokolwiek. Jadłam więc to na co miałam ochotę , klikałam co miałam kliknąć po sprawie. Nabawiłam się zaburzeń odżywiania.. przy tym trochę ćwiczyłam, jadłam tłusto i koniec końców odeszłam od pompy, cukry skakały, a ja pogrążałam się jeszcze bardziej. Wszystko naraz, wszystko źle. Dopiero jak zaczęło mi zależeć na poprawianiu wyników biegowych, przeszłam na zdrowe racjonalne odżywianie się, odpowiednią ilość insuliny (z penami i kłuciem się nie miałam i nie mam problemów – żeby nie powiedzieć, że to lubię! 😛 ), zaczęłam chudnąć, a to wszystko dzięki aktywności fizycznej. Jak już załapałam zajawkę na sporty, to było po mnie 😉

Sport z insuliną w tle

Poziomy hemoglobiny glikowanej nie były pasmem nieustających sukcesów. Początki z wynikami rzędu 6% trwały dość krótko, w najgorszych momentach zbliżały się do 9%, a obecnie oscylują na poziomie 7 procent. Miało to, oczywiście odbicie w poziomach cukrów podczas pomiarów SMPG (Self Monitored Plasma Glucose), kiedy to glukometr mówił mi „cześć” po angielsku (poziom „Hi” oznacza koniec skali w glukometrze, czyli poziom ponad 600 mg/dl). Wściekałam się niesamowicie, bo przecież „wszystko robiłam dobrze”!

Wychodzę z założenia, że najważniejsza jest obserwacja własnego organizmu. Znam zalecenia lekarzy, wiem jak reagować w określonych przypadkach, jednak nie jest to łatwe zadanie, bo czynników, które mają wpływ na „poziomy” jest całe multum. Nie ma jednej recepty na „idealną cukrzycę”. Jeśli sobie nie radzę to szukam pomocy u ludzi mądrzejszych ode mnie. Moja diabetolożka z aktywności zaleca mi spacery i spokojną jazdę rowerem, czyli to, co można znaleźć w każdym podręczniku o cukrzycy. Wszystko ponad to – biegi długodystansowe, siłownia to jest tylko i wyłącznie moja własna odpowiedzialność. Lekarze bardzo demonizują skoki cukru, ale moim zdaniem nie da się tego uniknąć, po prostu obecna technologia nie umożliwia tak precyzyjnej kontroli gospodarki węglowodanowej, na jaką stać zdrowy ludzki organizm.

Dalszy ciąg eksperymentów ze sportem, cukrzycą i sprzętem

Wielokrotnie nie ukończyłam treningu z powodu hipo-, czy też hiperglikemii, chociaż to drugie zjawisko daje, mimo wszystko, większe możliwości manewru i jest bezpieczniejsze. Nieukończony trening to też nauka i wyciąganie wniosków. Jakich? Na przykład takich, że moja cukrzyca najbardziej lubi bieganie i rower, trochę mniej ciężary i wioślarstwo, które odpuściłam. Inne sporty, takie jak np. pływanie są wciąż wyzwaniem. Jeszcze parę lat temu trzydziestokilometrowy bieg z przeszkodami w Tatrach był dla mnie wyczynem z pogranicza fantastyki. Rzeczywistość okazała się bardziej łaskawa – odrobina strategicznego planowania, trochę ryzyka i udało się. W tym przypadku wystarczyło odpuszczenie ostatniej dawki insuliny bazalnej, zjedzenie normalnego śniadania z insuliną krótkodziałającą i pomiary co 5 km biegu połączone z nieustanną podażą węglowodanów. Cukier w trakcie biegu był cały czas w granicach 80-120 mg/dl. Da się? Najczęściej tak, a satysfakcji z ukończenia nikt mi nie zabierze.

W przypadku Woodstocku też dałam rade, chociaż tutaj „strategiczne planowanie” nie objęło tłoków do pompy i penów. „Misja apteka” zajęła pół nocy. +100 do stresu i doświadczenia życiowego.

Z czasem wróciłam do tzw. starej szkoły. Peny dają mi więcej swobody, bo nie muszę mieć przy sobie całej zapasowego osprzętu do pompy. Koniec stresu z wyrwanymi wkłuciami i ekspresowymi powrotami do domu. Wielu namawiało mnie na powrót do pompy, ale nie dałam się przekonać. Po 16 latach z cukrzycą bardzo rzadko zapominam o insulinie, nawet podczas imprez skrupulatnie pilnuję zarówno bazy, jak i korekt. Nie mogłam dojść do ładu z nowoczesną insuliną bazalną (Lantus), która powodowała u mnie nocne hipoglikemie. Przeprosiłam się z Insulatardem - z tym "towarem" obecnie dogaduję się najlepiej.

Skutki? Baza kosztuje mnie 6 zł za opakowanie, trochę więcej wydaję na Apidrę i paski, ale miesięczny cukrzycowy budżet zamykam w kwocie kilkudziesięciu złotych. Dwie pompy leżą sobie w domu, razem z kartonami przeterminowanych wkłuć (żałuję, że nie nikomu ich nie oddałam), a ja mam swoje dwa peny, glukometr i totalną swobodę! Wiadomo, że pompa i CGM dają dużą przewagę pod wieloma względami, tylko że zamiast zbierać na nadajniki i inne bajery wolę odłożyć na nowy rower, nowe buty biegowe (KOLEJNE!), na sportowy zegarek Garmina, czyli na wszystko, co jest związane z bieganiem, choć niekoniecznie do tego niezbędne.

Przez ostatnie 2 lata miałam świadomość, że DA SIĘ! Mogę przebiec bieg z przeszkodami, półmaraton, maraton i ukończyć triathlon. Teraz, dzięki Aktywnym, będzie koniec gadania. TERAZ TO ZROBIĘ!

…I zrobię to z cukrzycą, bo jak inaczej?

Komentarze

Gienek