Jak "przepaliłem" półtora kilo cukru, czyli 226 km w deszczu...


Jeszcze wczesnym latem mój debiut w triathlonie był w sferze dalekich i mało konkretnych planów. Miesiąc przed Malborkiem nastąpiło przyspieszenie - był pomysł na zrobienie pierwszego polskiego Ironmana z T1 i mi przypadła ta zaszczytna rola. Decyzja ta miała bardzo mało wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, ale życie to przygoda, a jeśli widzę choć cień szansy na sukces to.. dwa razy proponować nie trzeba. Dystans Ironman - 3800 metrów pływania, 180 km rowerem i maraton. Hold my beer!!

A mogłem zostać w domu...

To był 4 września AD 2016. Godzina 3:45, zadzwonił budzik. Spałem krótko - zaledwie 5 godzin i to bardzo niespokojnie, bo 3 razy się budziłem. Za oknem ciemno. W głowie huczy: po co mi to, nie jestem gotowy, co będzie?? Ale początek tego co „spadło” na mnie po dołączeniu do Teamu, czekało nieuchronnie nad rzeką Nogat. Nieopodal Zamku Krzyżackiego w Malborku. Śniadanie: 3 bułki z masłem orzechowym i izotonik, chciałem walnąć kawę, ale niestety właściciele wyłączyli gaz (!) Nerwy, nerwy. Ciuchy przygotowane, wszystko nowość, uwielbiam nowości. Nie czułem się tak od dawna, podniecenie startowe – level MAX!

No dobra, zjadłem, ubieram się i… pierwszy błąd: zakładam slipy pod strój triathlonowy (o konsekwencjach później). Czekam. 5.00 wyjazd na start, żeby sprawdzić sprzęt w strefie zmian. 5:15 – wszystko gotowe, 8 bar w kołach, jest git. Nie daję za wygraną I sprawdzam wszystko do momentu, w którym słyszę głośne „zamykamy strefę za 2 min”. NIc tu po mnie, ulatniam się szybko, żeby nie dostać kary. Ściągam dres, z megafonów słychać, że 25 minut do startu. Oliwka i wciągam piankę do połowy – gore założę tuż przed startem, bo chcę, żeby przerwa od pompy insulinowej była jak najkrótsza. Cukier - 195, dużo aktywnej, więc spoko, zbieram się na start. 5:45 zawodnicy już na brzegu, wszyscy zapięci i gotowi, a ja nadal ubrany do połowy… czekam.

Odsłaniam barwy wojenne!

Z głośników puszczają Bogurodzicę!! Jestem nabuzowany adrenaliną, ciężko jest mi skupić się na czymkolwiek, skronie pulsują. Ludzie (wariaci) systematycznie wchodzą do wody. Jest 5:50. To już czas, pomiar cukru: 246, aktywna 3.0. „Przepalisz” - mówi Wojtek, ja myślę o korekcie, ale to woda - półtorej godziny pływania, nie ma co ryzykować. Odpinam pompę, oddaje Wojtkowi. Wojtek pomaga mi się pozapinać (dzięki stary za wszystko). Pakuję żelki: 4ww do prawego rękawa pianki i 2ww w drugi rękaw. Ręce mi się trzęsą, nogi też, w głowie mętlik.

Selfi z Gienkiem, Bogurodzica, piona z organizatorem, serce łomoce, drugie selfi, Bogurodzica, łzy napływają do oczu (popieprzone te emocje), Bogurodzica, zakładam okularki, Bogurodzica. 5:55 wchodzę jako jeden z ostatnich do wody. Matko boska, zimno, ale nie tragedii nie ma, nawet jest.. fajnie. Płynę na start, serce wali jak oszalałe, co ja tu robię?! Minuta do startu, dobrze, że nie muszę mierzyć ciśnienia, bo podejrzewam, że wylądowałbym na oddziale szpitalnym z podejrzeniem o wylew. Słyszę „10sek do startu”, krzyczę: JEDZIEMY!!!, organizm krzyczy: zacznij k.... w końcu!!!

Wystrzał........

Po półtorej godziny pływania..

Płynę! 6 cykli kraulem i nie umiem uspokoić oddechu, robię dwa ruchy żabką i znowu kraul - tak całe pierwsze okrążenie (950m). Adrenalina nie pozwala mi normalnie płynąć, po drodze przyjmuję kilka kopnięć od innych, na szczęście okularki zostają na miejscu. Na drugiej pętli lapię swój kraulowy rytm, staram się dobrze nawigować, żeby nie dokładać metrów. Ciągle ktoś mnie wyprzedza, po trzech pętlach mam wrażenie, że jestem ostatni. Część pływacka dłuży się niemiłosiernie, ale w końcu wychodzę na ostatnią prostą (bagatela, prawie 500 m). W oddali majaczą dwie czerwone boje prowadzące do wyjścia z wody. Nareszcie! Widzę krople deszczu - na rowerze będzie padać. Wolontariusz pomaga mi wrócić do pionu i nagle zarzuca mną jak pijanym. Szybko łapię równowagę, patrzę na zegarek - 1h27min. Szybko, liczyłem na 1:30, a tu tak dobrze, bajka.

Wojtek podaje pompę i glukometr (jeszcze raz dzięki stary). Zdejmuję górę pianki, Maja robi fotki i pyta jak było - odpowiadam, że super i czas doskonały. Idę do strefy zmian. Nie biegnę - odpoczywam i delektuję się. Pada deszcz. Podłączam pompę, mierzę cukier: 236. Cholera, “nie przepaliłem”. Bolus na zbicie i dodatkowe 2j na to, co mam zamiar zjeść. Trzeba jeść, bo odżywianie to, podobno, czwarta dyscyplina w triathlonie. Wycieram się, zakładam kask i lecę po rower, no i jem batona (2ww). Sprawdzam wszystko trzy razy i idę w stronę bramki. Zaczyna robić się zimno - to uczucie nie zostawi mnie do samego końca wyscigu.

Ruszam. Niby nie leje, ale siąpi na tyle intensywnie, ze w 5 minut jestem cały przemoczony. Zimno, cholernie zimno! Po 10 km, a do pokonania mam łącznie 180km w 6. Pętlach, mam dość. Po pierwszej pętli zaliczam Toi-Toi i, po namyśle, stwierdzam, że trzeba było lać w strój, bo i tak jestem cały mokry. Jadę dalej i zastanawiam czy dotrwam w tym chłodzie, ale kręcę i idzie nad wyraz dobrze. Średnia oscyluje wokół 28km/h, czuję, że mam sporą rezerwę, ale nie chcę przeginać, bo jeszcze jest ponad 120 km i marathon na deser. Znowu chce mi się siku, jakoś nie umiem się przemóc i lać w gacie, więc staję pod drzewkiem. Ale tylko na moment staję, bo od razu dostaję dreszczy. Ruszam w pogoni za “komfortem termicznym”. Pogoni, oczywiście, przegranej. Kolejny pomiar – 289 mg/dl. Odpuszczam banana, daję korektę i jem dopiero po 40 min. Od tego czasu jem co 30 min, a cukier stabilizuje się na poziomie 150. Nie wiem ile dokładnie zjadłem na rowerze, ale ilość wymienników na pewno nie była skromna.

Co jeszcze pamiętam z roweru to to, że na ostatnich 2 kółkach przy każdej agrafce, przeprostowywałem się, bo czułem odrętwienie w plecach i karku. Nogi trochę bolały, ale myślałem, że będzie gorzej. Im bliżej końca roweru, tym bardziej cieszyłem się na myśl o etapie biegowym. W końcu skończy się nuda i będę mógł rozwinąć skrzydła w dobrze mi znanym środowisku! Zastanawiałem się tylko, czy nie będzie mnie musiał ktoś ściągać z roweru, bo czułem się jakbym już wrósł w siodełko. Zjeżdżając w stronę bramki krzyknąłem do kolegi - „nareszcie schodzę z roweru!”, a on - „poczekaj, jeszcze masz maraton”.

Druga pętla - tu jeszcze byłem rześki!

Maraton? Na luzie. To nie pierwszyzna, dziesięć mam za sobą, w tym rekordowy na 3:07, więc będzie ciężko, ale przecież wiem, czego się spodziewać! Entuzjazm był, oczywiście, przesadny, ale o tym za chwilę.

W drodze do strefy zmian paliło mi się tylko czerwone światełko pt. „Kask ściągnij na końcu! Kask ściągnij na końcu!”. “Mariusz, bieg zacznij spokojnie, bo po rowerze będzie Ci się wydawać, jakbyś strasznie zamulał - rzucił Gienek.

Ja w głowie tylko to „kask ściągnij na końcu, kask ściągnij na końcu”. Buty mokre, skarpetek na zmiane brak, więc czeka mnie bieg w mokrych, “na knura”. Nienawidzę tego. Nogi sztywne. „Kask ściągnij na końcu!”. Odwieszam rower, zmieniam buty (były w worku, więc są suche), cukier 148, 2j insy i jem pół czekolady, parę orzeszków w czekoladzie, ściągam w końcu kask i           ruszam w bieg. Od razu dostaję 2 żele i banana, które, oczywiście, zjadam. Teraz czuję zmęczenie, jakimś cudem przestało padać i znowu poczułem, że mam stopy, bo na rowerze mi odmarzły, a teraz w nich znowu krąży krew. Biegnę, jest ciężko, ale pierwsza pętla (7 km) pęka w 45min. Bardzo wolno, ale tak zakładałem, więc się cieszę. Jeszcze umiem liczyć, więc wychodzi mi, że maraton pokonam w 4:30. Zaczynam drugie kółko, jem żel za żelem, cukier 102, więć wchodzi kolejny żel. Cały czas biegnę!

W połowie drugiej pętli nogi podają, płuca podają, jestem w euforii. Zmęczony, ale jak tu nie być, mimo to biegnę, „będzie super - skończę to” - myślę. Kilka kilometrów dalej psychicznie staczam się w dół. Kompletnie mnie odcina, czuję się jakby cukier leciał na łeb na szyję, mierzę - 120. Meksyk w głowie, żel za żelem, za żelem żel, do tego banany w ilościach przemysłowych. Zaczyna padać, kolejny żel. Przechodzę do marszu, nie mogę już biec, próbuję, ale nie wychodzi, wszystko mnie boli. Zimno, cały się trzęsę, powoli się poddaję. Próbuję zmobilizować się, ale sił starcza na bardzo krótko. Wchodzę na kładkę, w oczach łzy, mam dość. Takiego wyczerpania nigdy nie doświadczyłem nawet w połowie, cierpienie fizyczne nabiera nowego znaczenia.  Podejmuję decyzję o zejściu z trasy. Krok za krokiem, prawy but, lewy but, prawy lewy. Za chwilę koniec kółka i skończę. Cały się trzęsę, leje deszcz, myśli biegną, choć mało składnie.

  • Mariusz, jak jest ? - Gienek,
  • Mam dość schodzę,
  • Co ty pie..... masz 5h na zrobienie 21km, nawet idąc zdążysz!
  • Nie mam siły iść, a Ty mówisz mi o 21 km, zimno mi, chcę, żeby mi było ciepło,
  • Siadaj, odpocznij i ruszaj!!!

Ów krytyczny moment udało się uwiecznić na nagraniu zamieszczonym poniżej. Publikujemy to bez cenzury, więc wrażliwym odbiorcom sugerujemy pominięcie tego fragmentu 😉

Siadam, podchodzą medycy pytają czy pomóc, odpowiadam, że po prostu jestem zmęczony. Po chwili ruszam. Idę. Załamany, ale idę. Po co?? Na trasie spotykam żonę, która wita mnie słowami „Nie dasz rady nawet iść?!” Nie spodziewałem się tego, i..tak, dam radę!

Idę, żel za żelem. Gienek obok, gada ze mną i moknie ze mną w ulewie. Cholera zaczynam podbiegać, jak jest z górki i płasko to lekko truchtam. Wszystko mnie boli, zimno, ale żel za żelem. Biegnę, idę, znowu biegnę, gadam z Gienkiem. Zaczynam przedostatnie okrążenie. Teraz jestem sam. Całe kółko biegnę (szok!), to znaczy truchtam, bo to nie szybkość biegu. Wszystko mnie boli, boże jak mi zimno, żel za żelem, kryzys za kryzysem, cukru nie mierze, bo mam wrażenie, że cały czas mam hipo. Przeklinam na głos ten pieprzony deszcz, jestem totalnie przemoczony, a slipy pod strojem obdzierają uda aż do krwi. Marzę tylko o tym, żeby mi było ciepło.

Dotrwałem! 🙂

Rozpoczynam ostatnie kółko - „runda honorowa”, Gienek ze mną, jestem wyczerpany, żel za żelem. Nie wiem, który już raz mam dość. 4 km do mety i potężna ściana. Mówię Gienkowi, że nie dam rady, że już nie chce, a on że nie ma telefonu i jak tu siądę to zamarznę. Nie mam wyjścia. Trzęsę się cały, każdy podmuch, nawet minimalny powoduję potężne dreszcze. Czuję się koszmarnie, chcę się ogrzać. Kolejne 3 żele, już mi się rzygać chce tymi żelami, ale pomagają, więc jakoś przełykam. Idę, biegnę, idę. Jeszcze 2 km i teraz już wiem, że ukończę. Ostatnie paręset metrów znowu biegnę, płaczę ze szczęścia. Ostatnia prosta, robię samolocik, witam się z rycerzami, klękam i całuję ziemię.

Skończyłem. 14h30min. Ave JA!

Dzięki Kaju za niespodziewane słowa, które pchnęły mnie dalej i dzięki Gienek, że ze mną mokłeś i nie pozwoliłeś mi się poddać, dzięki Wam mogę się dziś cieszyć, że ukończyłem ten szatański dystans. Ktoś zapytał mnie na mecie, czy to powtórzę, powiedziałem, że tak, ale muszę się do tego przygotować.

Za rok zrobię to znowu, ale o parę godzin lepiej 🙂

Komentarze